#03

Nie chciałem pracować więcej. Chciałem pracować mądrzej

Dwoje małych dzieci nauczyło mnie tego szybciej niż jakikolwiek kurs produktywności.

Nie chciałem pracować więcej. Chciałem pracować mądrzej
2026-07-10Substack

Jest wtorek, siedemnasta trzydzieści. Zamykam laptopa w połowie zdania, bo za dziesięć minut trzeba odebrać dzieci. Wracam do tego zdania jutro rano, jeśli w ogóle pamiętam o czym było.

Tak wygląda mój dzień od dwóch lat. Etat, dwoje małych dzieci, własne projekty które próbuję prowadzić obok. Dwa i pięć lat, jeśli ktoś pyta ile mają. Do tego żona i pies, Nala, który i tak dostaje więcej spacerów niż ja ćwiczeń.

Miałem plan, który nie przetrwał pierwszego dziecka

Kiedy urodziło się pierwsze dziecko, myślałem że to kwestia logistyki. Więcej wieczorów przy komputerze. Więcej pracy w weekend, kiedy dziecko śpi. Wystarczy trochę ścisnąć harmonogram, reszta zostaje po staremu.

Nie wyszło. Nie dlatego, że zabrakło mi czasu. Zabrakło mi energii, żeby ten czas dobrze wykorzystać. Godzina pracy o dwudziestej drugiej, po całym dniu z małym dzieckiem, to nie jest ta sama godzina co dziewiąta rano.

Przez rok próbowałem różnych wersji tego samego błędu. Wcześniej wstawać. Później kłaść się spać. Pracować w trakcie drzemki, w trakcie kreskówki, w trakcie czegokolwiek co dawało piętnaście minut ciszy. Zawsze ten sam wniosek na koniec dnia: zrobiłem mniej niż chciałem i jestem bardziej zmęczony niż powinienem.

Drugie dziecko zmieniło pytanie, nie odpowiedź

Kiedy urodziło się drugie dziecko, przestałem szukać sposobu, żeby zmieścić więcej. Zacząłem pytać inaczej: jak zrobić to samo, co teraz robię, mniejszym wysiłkiem.

To nie jest to samo pytanie. Pierwsze zakłada, że problemem jest ilość czasu. Drugie zakłada, że problemem jest to, jak ten czas wykorzystuję.

Zacząłem wyrzucać wszystko, co brzmiało dobrze w teorii, ale wymagało godziny skupienia, której nie miałem. Systemy z dwudziestoma krokami. Aplikacje, które trzeba było najpierw skonfigurować przez pół dnia. Rutyny poranne, które zakładały ciszę i spokój, jakbym mieszkał sam.

Zostały tylko rzeczy, które działają w piętnaście minut, między jednym obowiązkiem a drugim, albo nie działają wcale i wtedy je wyrzucam bez sentymentu.

Etat i własne projekty w tym samym tygodniu

Nie porzuciłem etatu, żeby robić własne rzeczy. Robię jedno i drugie, bo żadne z osobna nie daje mi tego, czego potrzebuję. Etat daje spokój finansowy, którego nie miałem, kiedy pracowałem sam dla klientów z różnych krajów. Własne projekty dają mi coś, co żaden etat nie da: poczucie, że buduję coś, co zostanie po mnie dłużej niż jeden kwartał.

Dzień dzieli się na etat, projekty, dzieci, żonę i psa. Kolejność się zmienia zależnie od dnia. Godzin nie przybywa.

To nie jest historia o tym, jak połączyć karierę i rodzinę bez strat. Są straty. Śpię mniej niż bym chciał. Niektóre projekty czekają miesiącami, bo akurat nie ma na nie miejsca. Ale to, co zostaje, jest prawdziwe, nie udawane.

Dlaczego testuję wszystko na sobie, zanim o tym napiszę

Nie piszę o systemach, które brzmią dobrze. Piszę o tych, które przeżyły w moim tygodniu, z dwójką małych dzieci, etatem i własnymi projektami obok.

Jeśli coś wymaga godziny nieprzerwanego czasu, u mnie nie przetrwa, więc nie polecę tego tobie. Jeśli coś wymaga dyscypliny na poziomie mnicha, u mnie padnie po trzech dniach, więc też tego nie polecę.

To jest sito, przez które przechodzi wszystko, zanim wyląduje w tym newsletterze. Nie dlatego, że jestem wyjątkowo zapracowany. Dlatego, że mam dokładnie tyle samo godzin co ty, i chcę wiedzieć czy coś naprawdę działa, zanim ci to polecę.

Ile razy w tym tygodniu wybrałeś więcej pracy zamiast lepszej pracy?


Dwoje dzieci, dwa i pięć lat. Etat. Własne projekty obok. Nie mam więcej czasu niż ty. Ale przestałem szukać sposobu, żeby zmieścić więcej, i zacząłem pytać jak zrobić to samo mniejszym wysiłkiem.

Zdjęcie: Piotr z psem (Nala) na spacerze wieczorem, naturalne światło, laptop lub notatnik w torbie przewieszonej przez ramię, sugerujący przejście między pracą a resztą dnia. Bez dzieci w kadrze. Nastrój: zmęczenie, ale nie dramatyzm, zwyczajny wtorek.